wtorek, 4 października 2011

2011_10_04

Minął lipiec, sierpień, wrzesień. Sytuacja wyklarowała się o tyle, że zostałam wezwana do Decydentów, gdzie poinformowano mnie, że mam dwa wyjścia. Albo rozstajemy się natychmiast (z powodu moich nieumiejętności), albo wypłacają mi jakieś grosze w zamian za rozstanie się za porozumieniem stron.

Zdębiałam.

Ale jeszcze bardziej zdębiałam, kiedy dotarłam do domu i znalazlam tam dostarczone przez pocztę pismo uzasadniające wymówienie. Kłamstwo na kłamstwie, podpisane przez PREZESA. Osobę w kraju znaną i szanowaną.

Coś niesamowitego. Świństwo nie z tej ziemi. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe. Praca w ciągłej współpracy, ciągła akceptacja wszystkich etapów, od kilku miesięcy już tylko cyzelowanie ostatecznej wersji, pochwały - a tu nagle wahanie - tygodnie niepewności o co kaman - a tu nagle zonk.

Pracę zatrzymali, a jak, łaskawie zostawiając mi 80% praw autorskich (a nie wypłacając 60% pieniędzy).

Oczywiście poszłam do prawnika. Pieniadze to jedno, prestiż projektu, Wielkie Halo to w ogóle nic - trudno - ale te oszczerstwa w piśmie, to skandal.
Sami sobie zresztą strzelili w stopę, ponieważ nie są w stanie tych oszczerstw udowodnić, a ja jestem w stanie (na podstawie korespondencji mailowej) je obalić.
Prawnik zatem odpisał i oni również odpisali. Łagodniej. Że konflikt nikomu nie służy i że proponują spotkanie.
Ja sie na nie nie wybieram, po co mam się denerwować.
Pieniędzy nie wygram pewnie, ale może przynajmniej przeproszą.
W zasadzie za zmarnowaną karierę, bo to klika, nie oszukujmy się. Prezes osobą mocną jest i basta i jak powie, że ja nie, to nie.

piątek, 15 lipca 2011

2011_07_15

Dni mijają, jeden za drugim. Przyjemnie, nie powiem, bo greckie jedzenie, wino, słońce i morze nie mają sobie równych. Zawodowo nadal impas. KTOŚ naprawia projekt, jakiś większy ode mnie, doświadCZEŃszy człowiek. Jak mi z tym? Idiotycznie. Może powinnam tupnąć nogą? Nie kwestia ambicji - choć też, w dużym stopniu - ale savoir vivre. Jak się zachować? Co zrobić? Ewidentnie nie jest to na mnie kariera. Myślę intensywnie o moim życiu i dobrze. Dużo sobie obiecuję po wakacjach, jadę z dziećmi, ale na obozy. Na pierwszym będą miały przeróżne warsztaty, a ja czas na przemyślenia w pięknych okolicznościach jeziornej przyrody i głuchej ciszy, na drugim - joga. I wtedy też będę miała czas dla siebie. I oby coś to dało.

Ważna też jest zmiana nastawienia, choć z tym, cholera, beznadziejnie. Jak uwierzyć w siebie? W to, że mogę? Bo przecież mogę, to jasne... Zmagania zatem trwają.

wtorek, 28 czerwca 2011

2011_06_28

A cisza jak trwała, tak trwa. Ile to już dni... Nie tracę jednak czasu, mam za sobą szereg przemyśleń i rozmów z mądrymi ludźmi.

W tle idzie film pt "The Score" (Robert de Niro, Edward Norton). Co za emocje, nie moge się skupić na tekście :)

Esencja przemyśleń: nie spotkałam się z dramatem. Natknęłam się jedynie na problem. Problem do rozwiązania. A i poczucie własnej wartości odbudowuję. Radę dam. Ciekawe ile jeszcze dni temat mojego Wielkiego Projektu będzie na topie.

Eh. Miał być Wielki Projekt, wychodzi Wielkie Nic.

piątek, 24 czerwca 2011

2011_06_24

Nadal cisza i spokój, zaczyna mnie to niepokoić. Wakacje niepewne, przyszłość niepewna. Szlag może człowieka trafić.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

2011_06_20

Pojawiły się całkiem nowe opcje na horyzoncie. Kilka związanych z moim dotychczasowym życiem zawodowym, kilka związanych z pasją, a kilka - całkiem z kosmosu.

To, co robię, może być hobby, pasją, ale nie może być sposobem na życie. Zarabiać muszę inaczej, ponieważ Nieprzewidywalni Decydenci są nieprzewidywalni i ocenić ich wkładu na moje życie nie sposób. Póki co czekam na ich decyzje, pieniądze oczywiście zawieszone, półtoraroczna praca idzie się paść.

Dużym problemem jest dla mnie niepotrzebność mojej pracy. Skoro można ją ot, tak, wyrzucić do kosza, to znaczy, że nie jest nikomu do niczego potrzebna. A nawet gdyby była, natyka się na ludzi, którzy bezkarnie mogą ją unicestwić. Nie chcę być od tego zależna, nie chcę być tak bezproduktywna. Więc - kombinuję.

Wszystko na razie w sferze planów, mocno chwiejnych, do przemyślenia, do dyskusji. Godziny pracy koncepcyjnej przede mną, najtrudniejsze to podjąć decyzję. Co się wydaje potencjalnym sukcesem nie pociąga mnie tak, jak to, co na sukces szanse ma mizerne. Z drugiej strony potrzebuję czegoś, co mi zapewni byt. Bo pasję już realizuję, ze skutkiem - niewielkim...

piątek, 17 czerwca 2011

2011_06_17

Słuchałam kiedyś wywiadu z Markiem Krajewskim (aktualnie Charona widzę na szczycie bestsellerów Empiku). Powiedział, że pracuje jak rzemieślnik: codziennie od szóstej do - bodaj - jedenastej.
Pozazdrościć dyscypliny.
Osobiście nie przebiłam się przez jego twórczość. Moja chemia, ale zbyt mnie drażnił styl.
Niemniej sukces olbrzymi.
Dyscyplina rewelacyjna.

Potem czytałam wywiad z Małgorzatą Kalicińską, też bardzo wysoko na liście.
Dyscyplina żadna :) Babciowanie, załatwianie spraw przeróżnych, ot, życie.

Mój model :)

PS. jestem absolutną maniaczką literatury, żeby było jasne. Marka Krajewskiego czytać rady nie dam. "Rozlewiska" nie próbowałam. Dyscypliny zazdroszczę :)

PS2. dzisiaj mus uporać się z fabryką. Fabryka to coś, co przynosi mi regularny dochód, jest w miarę proste i przyjemne, i - co bardzo ważne - po siedmiu latach nadal bardzo to lubię. Jak relaks. Jak oddech. I ciągle może być coś świeżego, to jest dla mnie absolutnie niesamowite. Nie wiem ile już tego stworzyłam, pewnie pod pięćset sztuk. I ciągle mnie to bawi, cieszy. Kasa w porządku, ale zawodowo i samorozwojowo to już od dawna nie wystarcza.