wtorek, 28 czerwca 2011

2011_06_28

A cisza jak trwała, tak trwa. Ile to już dni... Nie tracę jednak czasu, mam za sobą szereg przemyśleń i rozmów z mądrymi ludźmi.

W tle idzie film pt "The Score" (Robert de Niro, Edward Norton). Co za emocje, nie moge się skupić na tekście :)

Esencja przemyśleń: nie spotkałam się z dramatem. Natknęłam się jedynie na problem. Problem do rozwiązania. A i poczucie własnej wartości odbudowuję. Radę dam. Ciekawe ile jeszcze dni temat mojego Wielkiego Projektu będzie na topie.

Eh. Miał być Wielki Projekt, wychodzi Wielkie Nic.

piątek, 24 czerwca 2011

2011_06_24

Nadal cisza i spokój, zaczyna mnie to niepokoić. Wakacje niepewne, przyszłość niepewna. Szlag może człowieka trafić.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

2011_06_20

Pojawiły się całkiem nowe opcje na horyzoncie. Kilka związanych z moim dotychczasowym życiem zawodowym, kilka związanych z pasją, a kilka - całkiem z kosmosu.

To, co robię, może być hobby, pasją, ale nie może być sposobem na życie. Zarabiać muszę inaczej, ponieważ Nieprzewidywalni Decydenci są nieprzewidywalni i ocenić ich wkładu na moje życie nie sposób. Póki co czekam na ich decyzje, pieniądze oczywiście zawieszone, półtoraroczna praca idzie się paść.

Dużym problemem jest dla mnie niepotrzebność mojej pracy. Skoro można ją ot, tak, wyrzucić do kosza, to znaczy, że nie jest nikomu do niczego potrzebna. A nawet gdyby była, natyka się na ludzi, którzy bezkarnie mogą ją unicestwić. Nie chcę być od tego zależna, nie chcę być tak bezproduktywna. Więc - kombinuję.

Wszystko na razie w sferze planów, mocno chwiejnych, do przemyślenia, do dyskusji. Godziny pracy koncepcyjnej przede mną, najtrudniejsze to podjąć decyzję. Co się wydaje potencjalnym sukcesem nie pociąga mnie tak, jak to, co na sukces szanse ma mizerne. Z drugiej strony potrzebuję czegoś, co mi zapewni byt. Bo pasję już realizuję, ze skutkiem - niewielkim...

piątek, 17 czerwca 2011

2011_06_17

Słuchałam kiedyś wywiadu z Markiem Krajewskim (aktualnie Charona widzę na szczycie bestsellerów Empiku). Powiedział, że pracuje jak rzemieślnik: codziennie od szóstej do - bodaj - jedenastej.
Pozazdrościć dyscypliny.
Osobiście nie przebiłam się przez jego twórczość. Moja chemia, ale zbyt mnie drażnił styl.
Niemniej sukces olbrzymi.
Dyscyplina rewelacyjna.

Potem czytałam wywiad z Małgorzatą Kalicińską, też bardzo wysoko na liście.
Dyscyplina żadna :) Babciowanie, załatwianie spraw przeróżnych, ot, życie.

Mój model :)

PS. jestem absolutną maniaczką literatury, żeby było jasne. Marka Krajewskiego czytać rady nie dam. "Rozlewiska" nie próbowałam. Dyscypliny zazdroszczę :)

PS2. dzisiaj mus uporać się z fabryką. Fabryka to coś, co przynosi mi regularny dochód, jest w miarę proste i przyjemne, i - co bardzo ważne - po siedmiu latach nadal bardzo to lubię. Jak relaks. Jak oddech. I ciągle może być coś świeżego, to jest dla mnie absolutnie niesamowite. Nie wiem ile już tego stworzyłam, pewnie pod pięćset sztuk. I ciągle mnie to bawi, cieszy. Kasa w porządku, ale zawodowo i samorozwojowo to już od dawna nie wystarcza.

czwartek, 16 czerwca 2011

2011_06_16

Nowy projekt idzie super. Co mnie cieszy, to że nie jest tak poważnie, wzniośle, cierpiętniczo, kryminalnie. Jest lekko, wesoło, optymistycznie. W podtekście jest tragedia, ale sensem całości jest odejście od niej. Przezwyciężenie.
I jest w tym taka młodość, radość, spontaniczność, wielki apetyt na życie.

Może jednak jest sens w tym, co robię?

Film "Once". Dla mnie ideał ciepła. Mogę oglądać w kółko.
"Róża", "Dom zły" - po co???

Przeczytałam ostatnio o młodej ambitnej, która  wraca do postaci Karola Kota.
Po co???

Nie cierpię epatowania złem, gloryfikacji. Mówię to ja, po moim Pierwszym Większym. Gdybym miała wybór, mój Pierwszy Większy wyglądałby jak "Once".  Albo jak "Mamma mia".

Niemniej wygląda jak wygląda. Jestem z niego, na dodatek, dumna. Jest o rzeczach strasznych, ale jest zrobiony solidnie. To na pewno. Jest o czymś. Też na pewno.
Tyle, że sercem lgnę do czegoś całkowicie odmiennego.

Ot, wszystko przede mną. Wracam do pracy. Pozdrowienia!

środa, 15 czerwca 2011

2011_06_15

No i wczoraj zadzwonił telefon.

Wieści ani dobre, ani złe, ale raczej z lepszych. Znaleziono otóż Uzdrowiciela Sytuacji. Stary wyjadacz podobno, z sukcesami. Okiem na projekt rzucił i w sumie pochwalił. Mimo to problem would-be Nabywcy rozwiązać jakoś trzeba (Ulepszacz też go zauważył, jakoś wszyscy widzą, powinno mi to chyba dać do myślenia :)

Tak czy inaczej na początku przyszłego tygodnia powinien być jakiś odzew. Potem pewnie będzie ostro, szybko, na już. Póki co ja, TFURCA, mam odpoczywać. Podobno dobrze mi to zrobi.

Jest też bonus. Miało nie być wakacji, ale może jednak będą? Jak powiedziała Pani Prowadząca, przesympatyczna zresztą, tydzień przecież nas nie zbawi. Ano więc właśnie. Hura! Szukam!

wtorek, 14 czerwca 2011

2011_06_14

Odłożylam sporny projekt na bok, zasiadłam nad innym, zaległym, odłożonym ad acta, bo to przecież Główny Projekt miał priorytet. Nie, że mógł wznieść mnie na wyżyny (choć mógł), ale głównie, że mi zaufano i za nic nie chciałabym tego zaufania zawieść.
No ale dzieje się, jak się dzieje. Nie wiem właściwie jak się dzieje, czekam na info z centrali, w której się podobno teraz kotłuje, problem mają nie mniejszy, niż ja.
Zatem nie chcąc we własnych oczach uchodzić za bezradną zabrałam się za ten zaległy projekt.

A jest to czas w moim życiu trudny: być, albo nie być. A jeśli być, to jak być? Bo skoro klęska Głównego Projektu jest tak spektakularna, to na zmiany najwyraźniej czas. A kiedy jak nie teraz... Lat na karku trzydzieści sześć, cudowna rodzina, świetne życie prywatne, ale - niedobrze obrana zawodowo droga. Jak zmieniać, to tylko teraz.

No ale zasiadłam i poczułam znowu to coś. Znowu ten swing, który kocham, co tu ukrywać.

Poczułam go. I to tak, że ja wiem, że to dobre! Zasiliło mnie to niesamowicie, potężna dawka energii.

Poczułam, że radę dam i że gremia, kierujące się przeróżnymi kryteriami, często nie mającymi nic wspólnego z jakością, mnie nie zniszczą, nie stłamszą, nie pozbawią poczucia wartości.
Zależę od nich niestety, bo moja praca bez nabywcy nie ma szczególnego sensu. To w końcu tylko projekt, który ktoś znający się na rzeczy musi obrócić w czyn.
Ale te ichniejsze przewałki weszły aż na moje jestestwo, na sens mojego bycia i życia.
I Bogu dzięki - wrażenie z wczoraj, a mam nadzieję, że i z dziś i z forever after - dociera do mnie, że to nie tak. Że chwilowa porażka wynikająca z nie-wiadomo-czego nie jest mnie w stanie tknąć.
Tak mi się wydaje na teraz. Zaraz pewnie zadzwonią.
Siadam szybko do zaległego projektu, żeby to cudowne uczucie Mocy nie wyparowało ze mnie.
Pozdrowienia!

poniedziałek, 13 czerwca 2011

2011_06_13

Poniedziałek. Od ponad roku pracuję nad pewnym projektem. Czy to fatum? Jakby historia sie powtarzała. Tamten udało się zakończyć w miarę bezboleśnie, pozostał w zawieszeniu, ten - ? Nie wiem jak to się skończy. Na razie, po ponad rocznej pracy, po oddawaniu poszczególnych etapów, po licznych spotkaniach, okazuje się, że - zmienili się decydenci i podoba im sie, ale... - zmieńmy fundament.

Zmiana fundamentu oznacza zmianę CAŁOŚCI.

Czy naprawdę tak ma to wyglądać? Oczywiście termin realizacji zbliża się nieubłaganie. Odbiorą mi to? Zajeżdżą, żadając pracy 24/dobę?

Ciekawi mnie to. Ale jest to niezły test. Jeśli mnie to naprawdę dotknie, rzucę w cholerę tę tzw kulturę. Kulturkę.