Odłożylam sporny projekt na bok, zasiadłam nad innym, zaległym, odłożonym ad acta, bo to przecież Główny Projekt miał priorytet. Nie, że mógł wznieść mnie na wyżyny (choć mógł), ale głównie, że mi zaufano i za nic nie chciałabym tego zaufania zawieść.
No ale dzieje się, jak się dzieje. Nie wiem właściwie jak się dzieje, czekam na info z centrali, w której się podobno teraz kotłuje, problem mają nie mniejszy, niż ja.
Zatem nie chcąc we własnych oczach uchodzić za bezradną zabrałam się za ten zaległy projekt.
A jest to czas w moim życiu trudny: być, albo nie być. A jeśli być, to jak być? Bo skoro klęska Głównego Projektu jest tak spektakularna, to na zmiany najwyraźniej czas. A kiedy jak nie teraz... Lat na karku trzydzieści sześć, cudowna rodzina, świetne życie prywatne, ale - niedobrze obrana zawodowo droga. Jak zmieniać, to tylko teraz.
No ale zasiadłam i poczułam znowu to coś. Znowu ten swing, który kocham, co tu ukrywać.
Poczułam go. I to tak, że ja wiem, że to dobre! Zasiliło mnie to niesamowicie, potężna dawka energii.
Poczułam, że radę dam i że gremia, kierujące się przeróżnymi kryteriami, często nie mającymi nic wspólnego z jakością, mnie nie zniszczą, nie stłamszą, nie pozbawią poczucia wartości.
Zależę od nich niestety, bo moja praca bez nabywcy nie ma szczególnego sensu. To w końcu tylko projekt, który ktoś znający się na rzeczy musi obrócić w czyn.
Ale te ichniejsze przewałki weszły aż na moje jestestwo, na sens mojego bycia i życia.
I Bogu dzięki - wrażenie z wczoraj, a mam nadzieję, że i z dziś i z forever after - dociera do mnie, że to nie tak. Że chwilowa porażka wynikająca z nie-wiadomo-czego nie jest mnie w stanie tknąć.
Tak mi się wydaje na teraz. Zaraz pewnie zadzwonią.
Siadam szybko do zaległego projektu, żeby to cudowne uczucie Mocy nie wyparowało ze mnie.
Pozdrowienia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz